Moje wyzwolenie Krakowa

Pierwszym odruchem naszej rodziny w następnym dniu było nie sprzątanie zasypanego odłamkami szkła i gruzem mieszkania, ale marsz na odległą al. Mickiewicza 21, do dawnej siedziby Wydziału Rolnego Uniwersytetu Jagiellońskiego w czasie wojny zajętej przez niemieckie urzędy. Ze znajdującego się naprzeciwko wielkiego gmachu Akademii Górniczej będącego podczas wojny siedzibą gubernatora krakowskiego Dystryktu, w którym tliły się jeszcze spalone przez uciekających hitlerowców dokumenty, przydźwigaliśmy wraz z kuzynem najpiękniejszy fotel i od niego rozpoczęliśmy wyposażanie Zakładu Maszynoznawstwa Rolniczego. (Od 1938 roku, od śmierci matki, wychowywałem się u jej siostry, a jej mąż był przed wojną docentem, kierownikiem tego zakładu a w ostatnich latach okupacji wykładowcą podziemnego Uniwersytetu Jagiellońskiego). I 18 stycznia, bez chwili wahania niepomny na swoje proendeckie przekonania i wierność wobec londyńskiego rządu uznał, że trzeba uruchamiać Uniwersytet. To znaczy Polskę. Podobnego zdania byli wszyscy profesorowie, którzy ocaleli z wojny (chyba tylko jeden w Krakowie nie podjął zajęć, nie chcąc legitymizować nowej władzy). Wkrótce rozpoczął się rok akademicki na zlikwidowanych przez okupanta uczelniach i powstało kilka nowych: artystycznych, pedagogicznych i technicznych. Wszystkie przyjęły znacznie więcej studentów niż przed wojną. Nie tylko dlatego, że trzeba było dać szanse tym, którym wojna przerwała naukę, lecz i tysięcznym rzeszom młodzieży, której dopiero nowa władza stworzyła szansę studiów.

W domu mówiło się z zaskoczeniem, że na inauguracji roku akademickiego arcybiskup- metropolita krakowski, Adam Stefan książę Sapieha siedział obok generała Michała Roli-Żymierskiego (wkrótce Marszałka Polski) i że w kuluarach bardzo przyjaźnie ze sobą rozmawiali. Nie wiedzieliśmy wtedy, że Żymierski namawiał Sapiehę do przystąpienia do Krajowej Rady Narodowej, ale dowiedzieliśmy się, że ksiądz metropolita wydelegował do KRN jako swoich zaufanych kilku uczonych, z prezesem Polskiej Akademii Nauk prof. Stanisławem Kutrzebą na czele. I że ci ludzie, w czerwcu 1945 jako przedstawiciele społeczeństwa polskiego brali udział w rozmowach zwycięskich mocarstw w Moskwie, na których postanowiono o powołaniu Tymczasowego Rządu Jedności w Warszawie. A oznaczało to zarazem delegitymizację londyńskiego rządu emigracyjnego.

Wkrótce po wypędzeniu Niemców dowiedzieliśmy się, że Kraków ma nowe władze miejskie, w których składzie znalazło się zaledwie kilka znanych nazwisk, przede wszystkim dr. Bolesława Drobnera, niezbyt przez nas szanowanego, ale przecież przedwojennego, socjalisty i Eugeniusza Tora, okupacyjnego działacza podziemia londyńskiego. Władze zaczęły aktywnie uruchamiać życie miasta i nikomu w główce nie postało, żeby im w tym przeszkadzać. A wkrótce poznaliśmy decyzje Wielkich Mocarstw w Jałcie i stało się jasne, że już nikt więcej nie będzie nas wyzwalał. Polska musi radzić sobie sama.

W kilka dni po wyjściu z piwnicy przewieźliśmy na konnym wozie nasze rzeczy do domu przy al. Słowckiego 10, naszego przedwojennego, z którego już na wiosnę 1940 roku wyrzucili nas Niemcy, czyniąc z najnowocześniejszej dzielnicy Krakowa swoje osiedle. I to był z powrotem nasz dom przez następnych kilkadziesiąt lat, aż do śmierci moich najbliższych.

Zaraz też zostałem zapisany do pierwszej klasy gimnazjum im. Nowodworskiego, do której musiałem pójść z własnym krzesłem. Wielki gmach Nowodworka był bowiem nie do użycia po opuszczeniu go przez wojsko niemieckie, a w goszczącym nas w swych murach przez kilka miesięcy gimnazjum im.Sobieskiego też brakowało wyposażenia. Ale nie zabrakło nam profesorów, wszystkich przedwojennych, zabiedzonych przez okupację, nerwowo wykończonych i schorowanych, ale promieniujących poczuciem obowiązku nauczania niezdyscyplinowanej i podnieconej wolnością gromady. Wszystkie podręczniki, a jeden ich egzemplarz musiał służyć wielkiej liczbie uczniów, pochodziły sprzed wojny.

Prowadzano nas często, nieraz wbrew naszym chęciom, do teatrów, na koncerty umuzykalniające i na wystawy sztuki organizowane przez odbudowane lub nowopowstałe po wyzwoleniu Krakowa instytucje kulturalne. Czytałem obecną w domu prasę codzienną, „Tygodnik Powszechny”, „Przekrój” i pisma Mikołajczykowego PSL. Kupowałem i pochłaniałem tanie bardzo książki, wśród nich o warszawskich powstańcach, którym zazdrościłem ich walki i losu. Te powstańcze opowieści czytaliśmy także na głos na lekcjach polskiego, prowadzonych przez znakomitego nauczyciela, przybyłego ze zburzonej Warszawy, profesora Szyszkowskiego.

Natychmiast też wstąpiłem do harcerstwa i ono stało się dla mnie na długo najważniejsze ze swą ideą służby, wędrówek i zespolenia z przyrodą, magią wspólnego ogniska. Moja drużyna kultywowała ideę i metodę harcerstwa przedwojennego, związanego z państwem i szkołą, ale nie wiem czemu, w odróżnieniu od niektórych innych drużyn, nie nawiązywała do legendy Szarych Szeregów.

W ślad za opiniami, które wynosiłem z domu głosiłem, że Bierut to sowiecki agent, PPR to uzurpatorzy władzy, a PPS wszedł na drogę oportunizmu. Oburzałem się z całym domem na polityczne procesy ludzi walczących z nową władzą, wśród nich znajomych pracowników Wydziału Rolnego UJ . Myślałem z podziwem, o tych co pozostali w lasach, ale nikt w moim środowisku nie uważał ich postawy za sensowna i prowadzącą do jakiegokolwiek celu.

Wiadomo też było, że wybory w styczniu 1947 roku zostały sfałszowane i że nie ma na to rady. Podobnie jak nie było rady, kiedy reforma piłsudczyków Jędrzejewiczów zlikwidowała przedwojenną katedrę maszynoznawstwa rolniczego UJ, bo jej kierownik był endekiem. Moje zdumienie wywoływały nagle ujawnione, w jesieni roku 1948, spory wewnątrz PPR, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak są ważne dla losów Polski.

Nie utkwiło mi jednak w pamięci, czy to było razem z moją drużyną harcerską, kiedy znalazłem się w tłumie pod Hotelem Francuskim, aby wiwatować na cześć Stanisława Mikołajczyka, który w czerwcu 1945 wrócił do Polski, został wicepremierem reżimowego rządu i naszą nadzieją na zwycięstwo w wyborach. Na pewno zupełnie samorzutnie, a nie pod wpływem harcerstwa, brałem udział w manifestacji 3 maja 1946 i po jej brutalnym rozpędzeniu organizowałem strajk w moim gimnazjum. Ale mój przyjaciel ze szkolnej ławki, Krzysztof Kozłowski, przesadził w swoich drukowanych wspomnieniach z moja rolą przywódcy. Nie widziałem też żadnego żołnierza radzieckiego rozpędzającego tę manifestację, choć tak opowiadała powtarzana uparcie do dziś bezpodstawna plotka. Kiedy po kilku dniach strajku wróciliśmy do szkoły, dyrektor przeprowadzał z nami indywidualne rozmowy dyscyplinarne. Mnie zapytał tylko, kto mnie do strajku namawiał. Odpowiedziałem zgodnie z prawda, że nikt i na tym rozmowa się skończyła, bez żadnych konsekwencji. A żołnierze radzieccy dość szybko zniknęli z krajobrazu Krakowa. W pamięci zostały mi tylko wielkie ich gromady pędzące na wschód stada bydła, z czym spotykaliśmy się w czasie wycieczek poza Kraków.