Moje wyzwolenie Krakowa

A do absorbującego mnie harcerstwa doszedł wkrótce sport. Zachęcił mnie do niego znakomity i ofiarny nauczyciel, Tadeusz Sztolf. Wraz z nim po lekcjach godzinami urządzaliśmy boisko na należącym do Nowodworka placu Na Groblach. Założyliśmy tez pierwszy w Krakowie i przez lata najlepszy gimnazjalny klub sportowy „Nałęcz”, którego wkrótce zostałem prezesem. I do czytanych namiętnie gazet doszły jeszcze te sportowe.

Ale informacje o partiach politycznych wciąż bardzo mało mnie interesowały. Wielka zmiana poglądów, prawdziwe „niebo w płomieniach” nastało we mnie wraz z dojrzewaniem, gdzieś na przełomie 1947 i 1948, kiedy osiągnąłem lat 16. Naturalny w tym wieku bunt przeciw dorosłym, przeciw religii i prymitywizmowi księdza katechety, przeciw konserwatyzmowi domowych poglądów, ich ksenofobii i zupełnie wstrętnemu po Zagładzie antysemityzmowi, a szczególnie przeciw bezradności starszych w wyjaśnianiu tego, co się na świecie stało po wojnie.

Wraz z przyjacielem (o skłonnościach chyba najbardziej antysocjalistycznych i antyradzieckich w naszej inteligenckiej paczce) i za jego namową poszliśmy do ośrodka OM TUR (młodzieżówki socjalistycznej) przy ul.Garbarskiej na wykład znanego już w przedwojennym Krakowie ideologa socjalistycznego, dr. Juliana Hochfelda, aby sobie z pomysłów socjalistycznych pokpić. Wróciłem z tego wykładu oczarowany. Nareszcie ktoś objaśnił mi powojenną polityczną Polskę i świat. Bez cienia propagandowej mitologii i z traktowaniem bliskich stosunków ze Związkiem Radzieckim jako trudnej konieczności. Poczułem, że nareszcie rozumiem polską rację stanu i zaczęła mnie przekonywać idea polskiej drogi do socjalizmu. Potem już stale chodziłem do tego ośrodka OM TUR, chyba na prelekcje dr. Stefana Morawskiego, nie przeczuwając, że już za cztery lata będę jego uniwersyteckim asystentem.

W dodatku do naszego liceum, po śmierci dyrektora Kazimierza Lewickiego przyszedł nowy – Henryk Sędziwy. Przedwojenny nauczyciel w korpusie kadetów w Rawiczu, ale powojenny marksizujący członek partii. Podjął lekcje z nauki o Polsce i świecie współczesnym. Jako dyrektor był śmiesznie sztywny i autorytarny, ale przekonywający jako wykładowca. I dawał nam do czytania broszury Adama Schaffa. Też nie przypuszczałem, że Adam Schaff będzie za kilka lat moim rektorem w czasie studiów doktoranckich i przyjacielem w późnych latach jego życia.

W naszej klasie nikt nie należał do socjalistycznej młodzieżówki, a koła komunistycznego ZWM w szkole w ogóle nie było. Ale ja postanowiłem w 1948 roku wstąpić właśnie do OM TUR. Jego przewodniczący, dziś i od kilkudziesięciu lat jeden z najbliższych mich przyjaciół, o rok starszy Jan Güntner, sprzeciwił się nie tylko przyjęciu mnie do OM TUR, ale nawet, parę miesięcy później, do nowopowstałego ZMP. Uznał, że moje antyreżimowe i antysowieckie zachowania sprzed kilku lat na to nie pozwalają. W dodatku niepokoiło go, że koledzy wybrali mnie na wójta ogólnoszkolnego (dzisiaj nazywa się to przewodniczącym samorządu). Nie wysuwał jednak argumentu obcości klasowej, sam był bowiem synem przedwojennego adwokata. (Za to znanego PPS-owca i masona). Ale jedyny członek ZMP w naszej klasie, skądinąd organista w czasie mszy szkolnych w kościele św. Anny, został od razu aktywistą zarządu miejskiego ZMP, odpowiedzialnym za inicjatywy sportowe. Ponieważ zupełnie na tym się nie znał, a ja byłem znanym w szkole sportowcem, wziął mnie na pomagiera, wciągając do ZMP w kole miejskim i do działalności przy Zarządzie Miejskim.

Można więc powiedzieć, że nasza matematyczno-fizyczna klasa pozostawała w politycznej obojętności aż do matury w roku 1950. Różniła się tym od klasy humanistów, w której doszło do odległych od nas konfliktów i oskarżeń.

W dążeniu do dorosłości i odpowiedzialności za siebie już w klasie maturalnej zacząłem pracować zarobkowo jako sekretarz w Robotniczym Klubie Sportowym „Zwierzyniecki”. A potem, już w czasie studiów polonistycznych, jako instruktor sportu w Młodzieżowym Domu Kultury, gdzie wstąpiłem też do partii. (Musiałem prawie rok oczekiwać na przyjęcie, obowiązywała bowiem w Komitecie Dzielnicowym zasada, że przyjmuje się 10 robotników i dopiero wtedy 1 inteligenta).

Już na uczelni moje teoretyczne zainteresowania marksizmem zauważyli moi wykładowcy, wspomniany Stefan Morawski i bardzo uważnie słuchany, też były PPS-owiec, Marek Waldenberg. I wtedy dopiero zaczęło się naprawdę moje polityczne zaangażowanie, pociągające zresztą za sobą rosnące wątpliwości ideologiczne i polityczne. Już wkrótce stałem się aktywny w sporze z polska odmianą stalinizmu, którą rozumiałem jako okrutną formę populizmu i skłonności totalitarnej. Zostałem, jeszcze przed Październikiem 1956, rewizjonistą.

A w domu moją partyjność przyjęto z przerażeniem i oburzeniem, ale i z wyrozumiałością. Zaś po Październiku 1956, w który byłem całkowicie zaangażowany, mój ukochany wuj, który został – cały czas bezpartyjny i politycznie niedeklarujący się – prorektorem oddzielonej od UJ Wyższej Szkoły Rolniczej uznał, że moje poglądy, choć niesłuszne, mogą służyć ludziom, a Gomułka jest porządnym Polakiem.

I tak już, do końca życia, zostałem ateistą i socjalistą. A wszystko zaczęło się od Wyzwolenia Krakowa przez żołnierzy frontu marszałka Iwana Koniewa.

[Tekst zamieszczony w lutowym numerze 2015 „Krakowa”]